Informujemy, iż nasz sklep internetowy wykorzystuje technologię plików cookies a jednocześnie nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w tych plikach (tzw. „ciasteczkach”). Od 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych (określane jako "RODO"). W związku z tym chcielibyśmy poinformować o przetwarzaniu Twoich danych na zasadach na jakich odbywa się to po dniu 25 maja 2018 roku (więcej informacji).  

zamknij

Najczęściej kupowane

Producenci

Promocje

Tagi

Szukaj

Ostatnie posty

Wszystkie posty

Utytułowany “średniak” vs solidny budżetowiec - porównanie Wahoo KICKR Core i Tacx Flux S

Wahoo Kickr Core uchodzi za najlepszy trenażer wśród tak zwanych “średniaków”, czyli urządzeń, które możemy kupić w kwocie do 3.700 pln. Czy warto “dopłacać” do Wahoo względem tańszych trenażerów z tzw. półki budżetowej? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie w tym artykule. Konkurentem Wahoo będzie znany i lubiany Tacx Flux S. 

Nim przejdę do dalszej części wpisu, chcę nakreślić, jakie będą kryteria oceny.

Trenażery były dla mnie środkiem do celu. Nie byłem ogromnym fanem tych urządzeń i służyły mi jedynie do budowania formy kolarskiej zimą lub w deszczowe dni. A że mieszkamy w polsce, takich dni w kalendarzu jest dużo… Zbyt dużo.

Nie mniej… Od kiedy pierwszy raz “wsiadłem” na trenażer “smart” i uruchomiłem aplikację Zwift, moje podejście do treningów zimowych znacznie się zmieniło. Interaktywność, społeczność oraz “symulacja obciążeń” związanych z ukształtowaniem terenu wywróciła do góry nogami niechęć do kręcenia w domu. Zrobiło się naprawdę ciekawie.


Przez ostatnie 3 lata miałem okazję używać kilku modeli trenażerów od różnych producentów. Moją uwagę zwrócił fakt, że nie każdy trenażer reaguje tak samo na zmiany obciążeń generowanych przez wirtualną jazdę, lub trening “na krokach”. 

W tym teście postaram się opowiedzieć o moich subiektywnych odczuciach i wrażeniach, których dostarczą mi wymienione dwa urządzenia. Będzie to typowo użytkowa opinia, pozbawiona gąszczu technicznych szczegółów. Opowiem, jak trenażery reagują i jak dużo radość z jazdy dostarczają. A oceniać będę:

- jakość wykonania elementów trenażera

- poziom generowanego hałasu

- odzwierciedlenie warunków jazdy przy swobodnej jeździe na Zwift

- współpracę z trybem ERG podczas treningów “na krokach”

Pacjent nr 1 - Wahoo Kickr Core

Wahoo Kickr Core trafia do mnie jako fabrycznie nowe urządzenie. Po otworzeniu pudełka, wewnątrz styropianowej skorupy, znajduje się urządzenie plus kilka dodatków. Trenażer wymaga odkręcenia dwóch poprzecznych belek (stabilizujących urządzenie), ale jest to czynność banalna. Dodatkowo w paczce znajduje się zasilacz, garść adapterów do zamontowania roweru (130/135 mm QR, 12/142 oraz 12/148). Można powiedzieć, że prawie wszystkie stosowane standardy.


Trenażer przychodzi bez kasety, zatem należy takową kupić osobno lub przekładać z koła siedzącego w rowerze. Jeśli uważacie, że warto oszczędzić kilka złotówek i taką kasetę przekładać, od razu informuję, że Wasz entuzjazm do oszczędzania nie potrwa długo. Po prostu po dziesiątej zmianie powiecie:
- dość! Jadę po tą cho***ną kasetę!
Czyli już wiecie, co trzeba dokupić na “dzień dobry”.

Wahoo Kickr Core jest bardzo solidnie wykonanym urządzeniem. Niewiele w nim plastiku, a wszystkie elementy konstrukcji robią wrażenie solidnych. Jest też dość mały. Nie zajmuje dużo miejsca po rozstawieniu, a do przechowywania można złożyć jedną z podpierających nóg. Nie są to ogromne zyski przestrzeni, ale zawsze coś.
W tym modelu nie ma możliwości poziomowania urządzenia. Po rozłożeniu na minimalnie pochylonej powierzchni rower będzie lekko przechylony, a kompensować to należy podkładkami z tekturki lub czymś podobnym. Troszkę szkoda, ale nie jest to rzecz niezbędna. Po włożeniu kasety należy wsunąć w miejsce osi odpowiednie do standardu posiadanej ramy adaptery. Tu mam kolejną drobną uwagę do producenta. Adaptery wchodzą w trenażer bardzo luźno i łatwo wypadają przy choćby lekkim dotknięciu urządzenia. W praktyce wymaga to dość dużej precyzji w celowaniu ramą roweru na mocowanie osi. Jeden zły ruch (dotknięcie urządzenia ramą roweru) i adaptery wysuwają się, komplikują zadanie. Można powiedzieć, że drobiazg, ale przy codziennym wpinaniu maszyny w trenażer może być dość uciążliwe. Przynajmniej dla mnie.

Działanie

Zakładając, że wszystkie powyższe czynności udało się wykonać gładko, wystarczy podpiąć zasilacz do gniazda w tylnej części urządzenia i można jechać!

Trenażer można połączyć z dowolną aplikacją do wirtualnej jazdy w systemie bluetooth oraz ANT+, czyli w dwóch ogólnie królujących systemach komunikacji. Niezależnie od platformy, sprzęt łączy się bez żadnych komplikacji.

Od pierwszego obrotu korbą można się przekonać, że Wahoo jest urządzeniem niezwykle cichym. Działa w zasadzie bezszelestnie, koło zamachowe wydaje się nie generować żadnych dźwięków. W zasadzie przez całą jazdę jest bardzo cicho.  Nawet przy mocnym rozkręceniu mechanizmu. To zrobiło na mnie wrażenie. Zdarza mi się “kręcić” o 6 rano, gdy domownicy jeszcze śpią. Wahoo w tej sytuacji daje komfort nie tylko mi.

Wirtualna jazda po świecie Zwift przynosi dużo frajdy. Trenażer bardzo płynnie i “naturalnie” zmienia obciążenie, dostosowując je do nachylenia terenu. Uważam, że nic więcej nie trzeba. Jest przyjemnie, dynamicznie i nie czuć żadnych nienaturalnych szarpnięć.


Sprawdziłem również zachowanie trenażera w czasie wykonywania treningu ”na krokach” z włączonym protokołem ERG. To dla mnie bardzo ważna funkcja, ponieważ najczęściej właśnie w taki sposób wykonuję treningi. Bez wątpienia Wahoo jest najlepszym urządzeniem, jakiego miałem okazję używać do treningów. Moc dostosowuje się bardzo szybko i płynnie do zadanej w kroku, a stabilność “utrzymania” obciążenia zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jest idealnie. Zrobiłem porównanie przebiegu wykresów mocy z moim pomiarem w rowerze (Garmin Vector 3). Muszę przyznać, że wypadają imponująco równo. Pierwsza część wykresu to trening w trybie ERG, natomiast druga to swobodna jazda po świecie Zwift.

Dokładność pomiaru jest dla mnie bardzo ważnym elementem. Tu wszystko zgadza się, jak trzeba.

Wahoo Kickr Core spełnił moje oczekiwania. Uchodzi za jedno z najlepszych urządzeń na rynku i w zasadzie w pełni potwierdza to swoim działaniem. Cichy i precyzyjny trenażer w rozsądnej cenie, który bardzo dobrze sprawdzi się w każdej świątyni wytopu.
Ach… zapomniałbym o jeszcze jednym drobnym detalu. Jeśli tak jak ja nie macie stałego miejsca pod trenażer, na jaw wychodzi jeszcze jeden drobny mankament Wahoo. Brak rączki do przenoszenia. Mała rzecz, a troszkę utrudnia przestawianie sprzętu. Choć można w sposób w miarę wygodny chwycić urządzenie za koło zamachowe, na pewno rączka podniosłaby komfort noszenia osiemanstokilowego żelastwa. Nie mniej i tak się polubiliśmy. Świetny sprzęt.

Czy jednak warto dopłacić do Wahoo?

Tę odpowiedź da mi właśnie przywieziony…

Tacx Flux S

Tu od razu widać odmienne podejście do estetyki. Flux jest całkowicie obudowany plastikiem. Nie widać tu żadnych metalowych elementów. Po wyjęciu z pudełka, tak jak w przypadku Wahoo, należy dokręcić podstawę stabilizującą urządzenie. Dwie śruby i gotowe.

I teraz pierwszy mały “zonk”. Tacx jest naprawdę ciężki. Nie dość, że waży 23,6 kg, to dodatkowo brakuje mu rączki do wygodnego przenoszenia. I o ile w Wahoo również jej nie było, to konstrukcja urządzenia pozwala na jako tako stabilny chwyt. Tacx jest pięknie zabudowany, ale nijak nie idzie sprzętu chwycić. Aby złapać urządzenie “od spodu”, należy się porządnie zgiąć w pasie (szczególnie jak ma się 202 cm wzrostu), a to przy tak ciężkim urządzeniu może oznaczać solidne przeciążenie części lędźwiowej kręgosłupa.

Gdy jednak uda się Flux’a postawić gdzie trzeba, sprzęt prezentuje się całkiem ładnie. Zajmuje też odrobinę więcej miejsca z racji na mocno wystające nogi stabilizacyjne. Nie są różnice ogromne, ale zawsze. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że nie da się ich w żaden sposób złożyć. Są na stałe.

Po założeniu kasety (również nie ma jej w zestawie) i dobraniu adapterów (w standardzie są QR9 130/135 oraz 12/142 - dodam, że są wkręcane, czyli nie ma problemów z “wypadaniem” jak w przypadku Wahoo) można wpinać rower, podłączać zasilanie i jechać. Niestety tak samo jak w przypadku Wahoo, Flux S nie ma opcji poziomowania.
Trenażer tak jak poprzednik, działa w systemach Bluetooth oraz ANT+. Mój komputer bez problemów urządzenie wykrył i połączył.  A zatem ruszam!

Swobodna jazda po świecie Zwift od początku przebiegała w sposób płynny. Ciężkie koło zamachowe Flux’a bardzo dobrze odzwierciedla zmiany dynamiki jazdy oraz zmiany nachylenia. Trenażer pracuje odrobinę głośniej od Wahoo, ale na pierwszy rzut oka równie dobrze. Dopiero przy bardzo stromych podjazdach, o nachyleniu przekraczającym 12% poczułem, że Flux nie generuje wystarczająco dużego oporu, który odzwierciedlałby tak duże nachylenie. Wahoo przy dużych stromiznach stawiał zdecydowanie większy opór.
Kolejnym “testem” był trening z użyciem protokołu ERG.
Tu muszę pochwalić Tacx’a. Trenażer całkiem sprawnie i płynnie dobierał obciążenie do “założeń” kroku. Nie gubił się również przy zmianach kadencji pomiędzy krokami. W zasadzie trening wykonałem bez przeszkód, choć nie ma się co oszukiwać. Wahoo przy treningach wykonywanych z ERG radził sobie wyraźnie lepiej. To jednak nie skreśla Flux’a. Spokojnie można na tym urządzeniu taki trening wykonać. To na pewno na plus. 

Jak zawsze przy tego typu testach, alternatywny zapis przebiegu treningu nagrałem na mojego garmina, który połączony był z miernikiem w rowerze (wspomniane wcześniej Vectory 3). Ku mojemu zdziwieniu, Flux mocno odbiega wyświetlaną mocą od pomiaru w rowerze, pokazując niższe wartości. Różnice sięgały 7- 8% co jest dość dużym przekłamaniem. Aby sytuację lekko skomplikować, powinienem dodać, że Flux S nie był nowy, zatem różnice w odczytach mogą być związane ze wcześniejszą eksploatacją urządzenia. Nie mniej od trenażera oczekuję powtarzalności pomiaru nawet po wielu dziesiątkach godzin pracy.


Nie chcę jednak twierdzić, że taka sytuacja ma miejsce z każdym Flux’em S. Być może trafiłem taki egzemplarz.

Tak czy inaczej, przyszedł moment w którym powinienem ogłosić werdykt mojego testu. Czy warto dopłacać do Wahoo?

Zupełnie szczerze mogę powiedzieć, że tak!

Jeśli bariera cenowa nie jest dla was zaporą, warto dopłacić do Wahoo z kilku powodów:

- jest cichszy

- zajmuje mniej miejsca

- generuje wyższy opór, co przekłada się bardziej realistyczne pokonywanie stromych podjazdów

- płynniej i stabilniej pracuje w systemie ERG

- łatwiej go przenosić

Reasumując- Wahoo Kickr Core jest wysoko oceniany przez użytkowników nie bez wyraźnego powodu. Spełnia wszystkie oczekiwania trenującego Masters’a takiego jak ja. 

Nie oznacza to jednak, że Tacx Flux S nie sprostał moim potrzebom. W sytuacji ograniczonego budżetu można na Flux’ie trenować, ścigać się na Zwift i bawić całą tą wirtualną jazdą. Uważam, że lepiej sprawuje się niż jego konkurent ze stajni Elite. Oba urządzenia zapewniają niezbędne minimum do wirtualnej jazdy oraz treningu. Po prostu Wahoo daje “coś” więcej i można to “coś” polubić.

Poza tym, do Wahoo można “podpiąć” windę symulującą nachylenie terenu, a to naprawdę wiele zmienia w doznaniach czerpanych z wirtualnych kilometrów jazdy. Z tym że to jest już temat na osobny wpis…

Mam nadzieję, że pomogłem Wam zrozumieć różnice, które dzielą tańszego “smarta” od mocnego “średniaka”.

Z kolarskimi pozdrowieniami
Maciek Puź

Kategorie: Trenażery

Produkty pokrewne

Trener i współzałożyciel "Na Osi - Kolarska Przestrzeń".

Przez wiele lat związany był z szeroko pojętym rynkiem eventowym, ale równolegle z zamiłowaniem uprawiał kolarstwo. Pasja kolarska okazała się tak silna, że Maciek postanowił połączyć w nią również swoje życie zawodowe. Certyfikowany instruktor kolarstwa PZKol, a zarazem aktywny zawodnik Masters. Dziś zajmuje się trenowaniem kolarek i kolarzy na różnych poziomach sportowych. Wspomaga ich nabywaną przez lata wiedzą na temat treningu, układa plany i jednostki treningowe. Przygodę z rowerem rozpoczął w wieku 32 lat i jest świetnym przykładem, że na kolarstwo nigdy nie jest zbyt późno.

Obserwuj Maćka na YouTube, FacebookuInstagramie lub przeczytaj jego wpisy na blogu Na Osi.

Zostaw komentarz